SPIRYTYZM. Wychowałam złodzieja – czy jestem złą matką?

rozpaczWędrówka dusz jest długa i niepozbawiona zawiłości. Prawo reinkarnacji, które stanowi podstawę filozofii spirytystycznej, wyjaśnia skąd biorą się różnice w ludzkich osobowościach sprawiające, iż członkowie tej samej rodziny, blisko spokrewnieni, przez długie lata dzielący ten sam dach nad głową, nierzadko zdają się być sobie obcy.

Na długo zanim narodzi się człowiek Bóg tworzy jego duszę – istotę bez wiedzy i doświadczenia. W jej głębi wyryta jest jedynie prosta informacja, która pomaga obrać młodej istocie odpowiedni kierunek w niekończącej się przygodzie – dążenie do jedności ze Stwórcą, nasze sumienie.

Nie ma duchów bardziej, lub mniej uprzywilejowanych, wszystkie zaczynają wyścig z tego samego miejsca, bez karnych punktów i kart rabatowych. Ludzie są sobie równi nie tylko na starcie, ale i w wędrówce przez szereg trudnych inkarnacji w światach nisko rozwiniętych, do jakich bez wątpienia należy ziemia. Każde stworzenie podlega tym samym prawom natury. Dziedziny nauki takie jak fizyka i chemia opisują tylko niektóre z nich. Duchy też im się podporządkowują. Wszystko to, co nazywamy „cudami” jest w rzeczywistości jedynie tym, czego naukowcy nie potrafią wyjaśnić metodami konwencjonalnymi, ale przecież egzystencji duchowej nie można zmierzyć linijką i zamknąć w probówce. Tu zaczyna się rola spirytyzmu.

Młode dusze zostają doświadczone przez szereg egzystencji materialnych. Jako rozmaite istoty rodzą się w światach, które odpowiadają ich zdolnościom poznawczym i uczą się rozumieć siebie, otoczenie, odróżniać dobro od zła. Nie trwa to rok, ani dwa, lecz czas tak długi, iż niewyobrażalnym jest starać się go określić. Droga to indywidualna, inna dla każdego. Gdy dusza jest wystarczająco rozwinięta i świadoma własnego istnienia obiera ciało ludzkie, aby doskonalić swój charakter. Czyni to głównie w krótkich, kilkudziesięcioletnich okresach materialnego życia, swojej wiecznej duchowej egzystencji. Odbywa się to z udziałem innych starszych, lub młodszych duchów, które w naszej rzeczywistości występują, jako rodzice, bracia, siostry, przyjaciele i wrogowie. Każdy człowiek dąży do dobra i doskonałości, lecz niektórzy obierają bardziej wygodną i dłuższą drogę. Stąd biorą się różnice w ludzkich osobowościach nawet, jeśli Bóg tchnął w nie duchowe życie w tym samym momencie.

Rodzimy się wielokrotnie i wielokrotnie umieramy. Większość naszego czasu spędzamy jednak w zaświatach, gdzie nawiązujemy kontakty z innymi istotami. Powstałe tam relacje przekładają się na nasze życie na ziemi. Zaprzyjaźnione duchy odnajdujemy np. wśród członków rodziny. W zależności od naszych indywidualnych potrzeb możemy chcieć otoczyć się duszami wysoko rozwiniętymi, aby pomogły nam w ewolucji, aby popchnęły nas ku rozwojowi, wyznaczyły nową drogę, wsparły, pocieszyły, uratowały przed upadkiem w przepaść moralnej pożogi. Często także przyjmujemy pod nasze skrzydło tych, który nas uważają za życiowy drogowskaz, oczekując pomocy, lecz w zamian ofiarują nam bagaż nowych doświadczeń, niekoniecznie przyjemnych, lecz z pewnością pożytecznych w bezkresnej ewolucji – uczymy się. Na tym właśnie polega wzajemne wychowywanie. Rodzice wychowują dzieci, ale i dzieci wychowują rodziców. Choć może to zaskoczyć i wydać się niedorzecznością, nie jest rzeczą rzadką, aby w dziecku siedział duch znacznie bardziej rozwinięty i mądrzejszy, niż w jego ojcu i w matce. To, ale i fakt, iż dziecko rodzi się posiadając od pierwszego krzyku własną, ukształtowaną osobowość sprawia, iż proces wychowawczy, jakiemu młode osoby podlegają, nie jest prosty, oczywisty i nie koniecznie musi zakończyć się powodzeniem, czy porażką rodziców.

Ilu jest ludzi, tyle jest charakterów. Gdy w rodzinie pojawiają się jednojajowe bliźniaki, oboje, choć posiadają identyczny materiał genetyczny, inkarnowane są przez dwa różne duchy, które w swojej długiej niematerialnej egzystencji przeszły inną drogę, doświadczyły innych zdarzeń i znajdują się na innym poziomie rozwoju moralnego i intelektualnego. Dusza nie rodzi się z komórki jajowej. Owo wyjaśnia różnice w sposobie zachowania dzieci wychowywanych w tych samych warunkach, przez tych samych rodziców, gdzie jedno może być przysłowiową „chodzącą dobrocią”, a drugie małym diabełkiem, złośliwcem, egoistą i zazdrośnikiem. Na pytanie: „Czy zrobiłem wszystko, aby moje dziecko było dobrym człowiekiem?” rodzic może znaleźć odpowiedź tylko we własnym sumieniu. Trzeba pamiętać, iż nie wszystko znajduje się w jego mocy.

Robert D. Hare, profesor emerytowany Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie, pionier badań nad psychopatią, doszedł do wniosku, iż niektórych ludzkich zachowań nie sposób wyjaśnić z punktu widzenia współczesnej medycyny. W książce p.t.: „Psychopaci są wśród nas” autor opowiada o psychopatycznych dzieciach, młodych osobnikach, którzy choć nie są tak do końca „normalni”, równocześnie nie są uznani za „chorych”. Psychopaci są niebezpieczni dla otoczenia, charakteryzują się między innymi niewzruszonym egoizmem, brakiem empatii, impulsywnością, skłonnością do agresji, chęcią do natychmiastowego zaspokajania własnych popędów i wyrachowaniem. Według profesora, jeżeli człowiek urodzi się psychopatą, żadne metody wychowawcze nie są w stanie go zmienić, a jedynie umieścić w jego rękach inne narzędzie czynienia zła. W takim przypadku sukcesem rodziców będzie wypuszczenie z domu oszusta finansowego zamiast seryjnego mordercy.

Jeżeli dusza inkarnująca się w ciele młodszego członka rodziny postanowiła obrać złą drogę, drogę egoizmu, drogę przestępstwa, nawet najbardziej zdolny wychowawca nie byłby w stanie odwieść jej od tego. Bezsprzeczną natomiast porażką jest odrzucenie dziecka, czy to dosłowne, czy to w przenośni. Są przypadki rodziców, którzy zwracają się do Sądu, aby ten umożliwił im oddanie „problematycznego” dziecka do ośrodka wychowawczego.  Są też i tacy, którzy traktują je niczym balast w realizacji własnych życiowych ambicji i pozbywają się ich oddając na stancje, do szkolnych internatów, lub podrzucając jak worek kartofli drugiemu, rozwiedzionemu rodzicowi, lub dziadkom. Mamy też sieroty, które żyją z ojcem i matką, lecz tak na prawdę pozostawione są samym sobie. W ogólnym rozrachunku tego rodzaju doświadczenia nie muszą mieć destrukcyjnego wpływu na młodego człowieka, ale – wydaje mi się – najpoważniejszą zbrodnią przeciwko własnemu dziecku jest wpajanie mu zasad sprzecznych z elementarnym poczuciem miłosierdzia. Egoizm jest największą trucizną umysłu. Dorośli albo zbyt często zapominają o tym, albo w ogóle się nad tym nie zastanawiają, że dziecko wychowywane w duchu zaspokajania tylko własnych potrzeb, w późniejszym swoim życiu nie zadba nawet o swoich rodziców. Skąd miałoby wiedzieć, że należy to czynić, skoro w młodości wpajano mu, że dzielenie się z innymi jest niedobre, niekorzystne, naiwne i głupie? Nikt nie chce być głupi, każdy pragnie być mądry i każdy będzie postępował według wyuczonych wzorców.

Dzieci tylko w pewnym sensie są odbiciem swoich rodziców. Czasami to one mają za zadanie wychować starszych, przyjmując na siebie rozmaite choroby, z jakimi następnie musi zmierzyć się rodzina. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, gdyż dzieciaki upośledzone chorobami mają mało możliwości, aby wykazać swoją wielkość, ale te małe istoty mogą przewyższać wszystkich dookoła swoim rozwojem duchowym. W innych okolicznościach mogłyby być przywódcami, wybitnymi naukowcami, najznamienitszymi artystami, lekarzami, ale przez wzgląd na miłość do ludzi, którym w tym wcieleniu przypadła rola ich rodziców, świadomie postanowiły dopomóc im w ewolucji i w dążeniu do doskonałości duchowej i przyjąć na siebie ciężar choroby.

Wszystko, o czym wspomniałem, ale i wiele więcej innych rzeczy, które pominąłem, nakłaniają do refleksji nad kwestią szacunku dla dziecka i jego przedmiotowym traktowaniem, jak gdyby nadal nie miało ono w pełni praw. Oficjalnie metody wychowawcze ganią używanie przemocy w stosunku do dzieci, kary fizyczne już jakiś czas temu wycofano ze szkół (moich rówieśników jeszcze bito linijką po rękach), w podręcznikach dla pedagogów wypisuje się piękne slogany i cytaty z Korczaka, ale życie i szara rzeczywistość pokazuje, iż psychiczne znęcanie się nad dziećmi, czy młodzieżą, jest wciąż obecne w wielu placówkach oświatowych. Próby zastraszenia i poniżania małolatów są tak powszechne, że mało kto zwraca na nie uwagę. Nauczyciel zarzucający uczniowi „wieczną głupotę”, brak chęci dorosłych do porozumiewania się z młodszymi, wskazując na ich niekompetencję i stosunkowo małą wiedzę, niechęć do zrozumienia świata nastolatków, sugestie rodziców, że ich dzieci są niedołęgami, które w życiu niczego dobrego nie osiągną świadczą o dużej niedojrzałości wielu dorosłych. Każdego dnia wiele rozmów z młodymi przebiega w taki właśnie sposób. A przecież dzieci różnią się od dorosłych jedynie młodszym ciałem materialnym. Skoro nasza kultura chwali osiągnięcia umysłu, rozwój wewnętrzny przedkłada nad fizyczność, dlaczego mielibyśmy nie brać pod uwagę, ewentualności, iż dusze tych najbardziej bezbronnych mogą być starsze, niż nasz układ planetarny i to może właśnie my – dorośli – gdybyśmy znali faktyczny stan ich ducha, ukorzylibyśmy się przed niejednym z nich.