SPIRYTYZM. Patologiczna miłość - czy mamy obowiązek kochania?

patologiczna miloscChoć o miłości napisano miliony książek i wierszy, nakręcono wiele tysięcy filmów i nagrano zapewne tyle samo, bądź więcej piosenek, definicję tegoż pragnienia można zawrzeć w jednym zdaniu: „głębokie uczucie do drugiej osoby, któremu zwykle towarzyszy pożądanie” (słownik PWN). Do miłości dąży każdy człowiek, każdy jej poszukuje, każdy jej pragnie, lecz nie każdy otrzymuje jej wystarczająco dużo, aby móc zdrowo rozwijać się i żyć w społeczeństwie. Wiele mówi się o miłowaniu bliźniego i obowiązku każdego do przebaczania różnych krzywd. Te dwa uczucia – miłość i przebaczenie – są tak naprawdę nierozerwalne, gdyż jedno nie może funkcjonować bez drugiego. Każdy wie, że wybaczenie jest bardzo trudne i ciężko osiągalne, choć noszenie w sobie urazy obciąża nasze życie bagażem bólu i goryczy, pozbawia radości i negatywnie wpływa na nasze zdrowie. Brazylijski lekarz-spirytysta Andrei Moreira w książce p.t.: Leczenie i samouzdrawianie w bardzo prosty i przejrzysty sposób wykłada wpływ emocji na różnego rodzaju procesy chorobotwórcze i zbawienną siłę miłości w przywracaniu zdrowia fizycznego. Autor stwierdza, że medycyna powinna skupić się na leczeniu ducha zanim zajmie się ciałem pacjenta. Każdy, kto choć raz w życiu przebywał w szpitalu zdaje sobie sprawę, że odzyskiwanie sił w przyjemnym otoczeniu i w miłej atmosferze (najlepiej wśród ślicznych pielęgniarek i przystojnych lekarzy) jest szybsze, niż gdybyśmy zostali pozostawieni sami sobie w ciemnej izolatce. Wszystko, co spotyka pacjenta, lecz nie ma bezpośredniego wpływu na jego kurację farmakologiczną można w bardzo uproszczony i przyziemny sposób porównać do leczenia duszy. Andrei Moreira nie ogranicza się jednak do tak powierzchownej analizy. Według niego uzdrowienie jest równoznaczne z wewnętrzną, duchową przemianą, która oddziałuje na biologiczne ciało „od środka”. Według filozofii spirytystycznej duch jest nośnikiem wszelkiej informacji o człowieku, ma „zakodowane” różne choroby ciała, które wynikają z prawa karmy. Wraz z rozwojem moralnym, z wcielenia na wcielenie duch oczyszcza się, pozostawiając za sobą wszystko to, co mogłoby powodować niedoskonałości w jego fizycznym ciele. Wybaczenie i tym samym zaprzestanie dręczenia samego siebie błędami innych ludzi jest jednym ze środków leczniczych. Czym jednak jest wybaczenie? Według mnie wybaczenie jest równoznaczne z „nieodczuwaniem żalu”, choć niektórzy mówią także o „akceptacji” – akceptacji świata i życiowych prób takich jakie nam się przytrafiają, o akceptacji ułomności bliźnich oraz ich zrozumieniu.

Idea wybaczenia jest piękna, wzniosła, idealna, lecz dla wielu wciąż abstrakcyjna. Dyskutuje się o niej, ale codzienność i ludzkie słabości na ogół okazują się bardziej bezwzględne. Nawet jeśli wielu chciałoby wybaczyć, nie wiedzą jak to uczynić. Nie narodziła się jeszcze tak mądra głowa, która dałaby konkretne wskazówki, jak wybaczać. Nad tym zagadnieniem pochyliła się Alice Miller w książce Bunt ciała. Urodzona w Polsce w 1923 roku psycholog była specjalistką od tematyki dziecięcej i tak samo, jak spirytysta Anderi Moreira zainteresowała się wpływem stanu emocjonalnego i psychicznego człowieka na jego ciało i rozwój chorób, które w efekcie nierzadko doprowadzały do przedwczesnej śmierci pacjentów. Okazuje się, że wrogiem człowieka są nie tylko głęboko przez niego ukrywane niedoskonałości ducha, ale i normy społeczne, którym wszyscy w jakimś stopniu podporządkowujemy się, a które mają swoje korzenie we wczesnych latach życia. Alice Miller w Buncie ciała poruszyła temat relacji pomiędzy dziećmi i rodzicami:

„Na podstawie doświadczeń zebranych przeze mnie w trakcie psychoterapii – zarówno mojej własnej, jak i wielu innych ludzi – stwierdziłam, że osoby maltretowane w dzieciństwie są w stanie zadośćuczynić czwartemu przykazaniu jedynie dzięki całkowitemu wyparciu i odszczepieniu swych autentycznych emocji. Nie mogą kochać i szanować rodziców, bo ciągle jeszcze się ich podświadomie boją. Nawet jeśli bardzo by tego chcieli, nie są w stanie nawiązać z nimi swobodnych, opartych na zaufaniu relacji. Zazwyczaj łączy ich z rodzicami chorobliwa więź, połączenie strachu i poczucia obowiązku, która w żadnym wypadku nie jest miłością, lecz tylko jej atrapą”.

Autorka zwróciła uwagę, jak wiele osób stara się sprostać wymaganiom społecznym oraz własnemu wychowaniu, które nakazuje kochać swoich rodziców i odczuwać żal w momencie ich śmierci. Podobnie matka, która przyznałaby się do tego, że nie kocha swojego potomstwa także mogłaby zostać uznana za niemoralną. Życie w kłamstwie i atrapie miłości rodzicielskiej najczęściej doprowadza do katastrof, mimo, iż przyznanie się do autentycznych uczuć mogłoby – według psycholog – pomóc w zbudowaniu autentycznych relacji z dziećmi. Niemożność, nieumiejętność obdarowania swoich dzieci autentyczną miłością na całe życie pozostawia w nich mocno odbite piętno, charakteryzujące się emocjonalną pustką i nieustającą tęsknotą za uczuciem, którego się nie zaznało. Wraz z wiekiem człowiekowi coraz trudniej jest zaznać miłości innych, co przenosi się na relacje z otoczeniem. W Buncie ciała czytamy:

„W przeszłości nakaz bezwzględnego kochania i szanowania rodziców stanowić mógł pewną formę zabezpieczenia ich losu na starość i z tego punktu widzenia mógł być wtedy konieczny. Dzisiaj już takiej potrzeby nie ma. Dlaczego więc ciągle ma on tak wielki wpływ na ludzi? Zawiera bowiem w sobie pewną groźbę czy nawet próbę szantażu – jeżeli chcesz długo żyć, musisz szanować swoich rodziców, nawet jeżeli oni na to nie zasługują, bo inaczej przedwcześnie umrzesz.

Większość ludzi zachowuje to przykazanie, chociaż wywołuje ono w nich zamęt i lęk. Myślę, że należy wreszcie potraktować poważnie doświadczenia urazowe z okresu wczesnego dzieciństwa i ich wpływ na życie człowieka, a co za tym idzie uwolnić się spod jego władzy. Nie oznacza to jednak w żadnym razie, że mamy potraktować naszych rodziców z takim samym okrucieństwem, z jakim oni nas traktowali. Chodzi o to, abyśmy potrafili zobaczyć, jacy oni byli naprawdę, jak obchodzili się z nami, gdy byliśmy małymi dziećmi, po to, abyśmy potrafili uwolnić nas samych i nasze dzieci od przymusu powtarzania tego samego wzorca zachowań. Musimy rozstać się z uwewnętrznionymi rodzicami, którzy w dalszym ciągu oddziałują na nas destrukcyjnie, bo tylko w ten sposób osiągniemy stan zgody na nasze życie i nauczymy się szanować siebie samych.”

W procesie samouzdrowienia ważne jest – co podkreśla Alice Miller – aby „pacjent” znalazł sobie partnera (naturalnego terapeutę – przyjaciela, przyjaciółkę), który będzie w stanie zaakceptować go takim, jakim jest, wykaże jego zalety i pomoże mu pokochać w sobie tamto małe dziecko, które nie zaznało miłości od swoich rodziców. W niniejszych rozważaniach „brak miłości” odpowiada także pojęciu „brutalnego wychowania”, które w XXI wieku nadal jest wszechobecne w pedagogice. Stany patologiczne ujawniają się szczególnie w tzw. „normalnych rodzinach”, gdzie złość i bezsilność dorosłych, brak zrozumienia dla potrzeb dzieci oraz nadmierne uginanie się opiekunów pod „presją” norm społecznych przyczyniają się do nadużywania perswazji fizycznej:

„Wychowanie” oparte na przemocy jest dla mnie równoznaczne ze znęcaniem się, ponieważ nie tylko odmawia ono dziecku prawa do godności i szacunku, należnych mu jako istocie ludzkiej, ale stanowi swego rodzaju system totalitarny, uniemożliwiający świadome przeżycie doświadczanych krzywd i upokorzeń, nie wspominając już o możliwości obrony. Człowiek dorosły powiela potem ten wzorzec wychowania w odniesieniu do własnych dzieci, do partnerów, w miejscu pracy, w polityce; zawsze wtedy, gdy próbuje on z pozycji siły bronić się przed lękiem tkwiącego w nim zdezorientowanego dziecka. Stąd biorą się dyktatorzy i ludobójcy, starający się przy użyciu siły wymusić szacunek, którego odmówiono im w dzieciństwie.”

W swojej książce Alice Miller podaje wiele przykładów różnych osobistości ze świata polityki i kultury, które w wyniku ukrywanych w sobie uczuć, w wyniku tłumienia negatywnych emocji pod płaszczykiem fałszywej miłości do rodziców zakończyli swój żywot po przebyciu rozmaitych długoletnich chorób. Zbieżność z ideologią przedstawioną przez spirytystę Andreia Moreirę w Leczeniu i samouzdrawianiu jest uderzająca. W Buncie ciała autorka napisała:

„Żaden z pisarzy, o których mówię, być może z wyjątkiem Kafki, nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo był w dzieciństwie krzywdzony przez rodziców i „nie miał im niczego za złe”, przynajmniej świadomie. Wszyscy oni idealizowali swych rodziców, nie mogli więc skonfrontować ich ze swoją prawdą, ponieważ wyparli ją ze świadomości i nie udało im się jej poznać nawet jako ludziom dorosłym.

Ta nieświadomość stanowi właśnie tragiczny rys ich najczęściej krótkiego życia. Moralność stanęła na przeszkodzie poznaniu rzeczywistości, uniemożliwiła tym zdolnym ponad miarę ludziom poznanie prawdy ich ciała. Mimo że byli orędownikami wolności (Schiller), próbowali przełamywać tabu obyczajowe (Rimbaud i Mishima) lub kanony literackie i estetyczne (Joyce), obowiązujące w ich czasach, nie umieli dostrzec, jakie więzy narzucili im ich rodzice. Także Marcel Proust, który potrafił na wskroś przejrzeć burżuazję, nie umiał dostrzec, jak bardzo cierpiał z powodu swej matki, tak silnie związanej ze swoją klasą. […] Kiedy zaczęłam jednak czytać biografie pisarzy stwierdziłam, że zawierają one bardzo wiele szczegółów na temat ich życia, ale nie ma w nich słowa o tym, jak radzili sobie z traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa i jakie piętno wycisnęły one na ich życiu. Także podczas rozmów z badaczami literatury stwierdziłam, że są oni w najlepszym wypadku jedynie w bardzo niewielkim stopniu zainteresowani tym problemem. Większość z nich reagowała na moje pytania zażenowaniem, jakby dotyczyły one czegoś nieprzyzwoitego czy wręcz obscenicznego, i unikała dalszej rozmowy.”

Nasza moralność nie pozwala nam – społeczeństwu – otwarcie krytykować rodziców za błędy, których dopuścili się w trakcie procesu wychowania, tłumacząc je dobrymi intencjami. Nawet znakomite brazylijskie medium Divaldo Franco, który charakteryzuje się bardzo otwartym umysłem, podczas spotkania w Warszawie w maju 2013 roku, parafrazując słowa Buddy powiedział, że „matkę należy kochać, ponieważ mogła dokonać aborcji, a tego nie uczyniła i tym samym zasługuje na naszą czułość, bo żadna matka nie jest zła.” Z kontekstu wypowiedzi wynikało jednak, że medium odnosi się tu raczej do rodzicielskich błędów edukacyjnych, a nie całkowitego braku miłości do dziecka. Z drugiej strony, czy fakt niedokonania aborcji może być wystarczającym powodem do pokochania kobiety, która emocjonalnie jest obca dorastającemu człowiekowi? Osobiście nie potrafię się z tym zgodzić, choć ideałem jest kochać każdego. Czy syn bity przez ojca ma obowiązek obdarować go miłością? Czy to samo dziecko miałoby obowiązek pokochania obcego mężczyzny, który traktowałby go w taki sam brutalny sposób? Czy więzy krwi są wystarczająco silnym powodem, aby mogły obdarzyć się miłością istoty, które w żaden duchowy sposób nie są ze sobą związane? Jak odnosi się czwarte przykazanie: „Czcij ojca swego i matkę swoją” do szacunku, który należy się dziecku, jako istocie ludzkiej? Czy prawo Boże wyłożone przez Mojżesza funkcjonuje tylko w jednym kierunku? Czy moralne jest wymaganie od dziecka, a później od dorosłego człowieka, pokochania osób, które uczyniły piekło z jego życia? W tej analizie ważną rolę odgrywa szczerość przed samym sobą i odrzucenie norm społecznych, wytyczających dosyć sztywne ramy tego, co przyzwoite, dozwolone, naganne, czy niemoralne. Spirytyści także nie są wolni od pułapek powstałych przez wpływ kultury. Osoba analizująca swoją przeszłość musi być gotowa do wypowiedzenia słów zrywających kajdany fałszywego przywiązania: „Nie kocham swoich rodziców!”. Polska psycholog napisała:

„Świadomość, że nie jestem w stanie manipulować moimi emocjami, że nie mogę udawać ani przed sobą, ani przed innymi, sprawiła mi dużą ulgę, przyniosła poczucie wyzwolenia. Dopiero wtedy zobaczyłam, ilu ludzi niemal zamęcza się na śmierć – tak jak ja to robiłam wcześniej – próbując zadośćuczynić nakazowi kochania i szanowania swoich rodziców i nie widzi, jaką cenę każą płacić za to swojemu ciału lub swoim dzieciom. Jeżeli odbywa się to kosztem dzieci, można żyć nawet sto lat, nie poznawszy prawdy o tym, że oszukujemy samych siebie, bo ciało nam tego nie powie”.

Filozofia duchów nie nakazuje obdarowywania wrogów taką samą miłością, jak bliskich i przyjaciół, gdyż w tym przypadku miłowanie bliźniego odnosi się raczej do samego wybaczenia krzywdy. Ale znowu pojawia się pytanie: czym jest wybaczenie i kto jest w stanie wybaczyć? Wygląda na to, że do wybaczenia trzeba dojrzeć, tak samo, jak do miłości. Duchy, które w wyniku reinkarnacji nie osiągnęły odpowiedniego stadium rozwoju nie potrafią zrozumieć i zaakceptować procesu odpuszczenia winy. Dopiero dorosły człowiek – dawniej skrzywdzone dziecko – który nauczy się szczerze określać uczucia, jakimi darzy swoich ciemiężców sprzed lat, jest w stanie wyrwać się spod destrukcyjnego wpływu fałszywej moralności nakazującej utrzymywanie sztucznych relacji z rodzicami wbrew własnej woli. Takie wyzwolenie przynosi ulgę i tym samym poprawę samopoczucia. Ze spirytystycznego punktu widzenia wydaje się oczywiste, że w rodzinie patologicznej ważną rolę odgrywają obciążenia karmiczne, relacje pomiędzy duchami mogące mieć początki wiele wcieleń wstecz, które wymagają uzdrowienia. Duchy szkodzące sobie nawzajem w jednym wcieleniu mogą być skazane na siebie podczas następnej inkarnacji, aby próbować naprawić wyrządzone zło. Niestety zbyt często powracającym na ziemię duszom brakuje wewnętrznej siły, aby przełamać chęć kontynuowania udręki. W dalszej perspektywie ucieczka przed znienawidzonymi członkami rodziny wydaje się nie mieć sensu, gdyż zaciągnięte długi zawsze trzeba spłacić (w pewnym sensie brak wybaczenia także się do nich zalicza). Chwilowe wyrwanie się spod karmicznego obciążenia pozwala jednak uspokoić się i nabrać odpowiedniego dystansu do traumatycznych przeżyć z dzieciństwa, jeśli tylko wykazuje się wystarczająco dużo chęci do pozytywnego rozwiązania dylematu. Wówczas jest to swoistego rodzaju „podładowanie duchowych baterii”. Divaldo Franco jest zdania, że w takich przypadkach nie należy się spieszyć:

„Jeśli nie da się osiągnąć miłości w takiej rodzinie, chodzi tu o wrogów z poprzedniego wcielenia, a nasze stanowisko powinno polegać na szacunku - nie mieć w sobie żalu. Trzeba pozostawić to do rozwiązania w przyszłości. W kolejnym wcieleniu możemy spotkać się z nimi znowu, jako dzieci, albo wnukowie. Społeczeństwo ma obowiązek nakazania szacunku, ale miłość powinna być spontaniczna. Nikt nie może powiedzieć komuś, że ma kochać – wtedy ten ktoś udaje, że kocha, ale tak naprawdę gromadzi w sobie jeszcze większą złość. Jest napisane, że trzeba „czcić ojca i matkę”, czyli szanować, a nie, że trzeba ich kochać. Należy o rodziców zadbać w sensie materialnym, ale bez obowiązku emocjonalnego. Trzeba odpłacać dobrem za dobro.”

Obserwując sprawę z innej perspektywy mamy prawo zadać sobie także pytanie, czy jest sens w dorosłym wieku przedłużać cierpienia z dzieciństwa, dobrowolnie skazując siebie na kontakt z „tamtymi osobami”? Nigdy nie wiadomo, na czym tak do końca polega życiowa próba i czy przypadkiem nie zakończyła się w chwili opuszczenia domu rodzinnego. Na pewno lepszym rozwiązaniem wydaje się nabranie dystansu do własnych przeżyć, niż usilne zmaganie się z nimi. Alice Miller stwierdza, że jeżeli wbrew reakcjom ciała, które w naturalny sposób pragnie unikać nieprzyjemności, człowiek stara się zadośćuczynić społecznemu nakazowi kochania i szanowania rodziców, zaczyna żyć w stresie, podobnie jak w sytuacjach, gdy wymagamy od siebie czegoś niemożliwego. Miłości nie da się wymusić. Ze spirytystycznego punktu widzenia bezsilne tkwienie w nieprzychylnym środowisku może wzmagać tworzenie się tworów myślowych, o których pisze Andrei Moreira w Leczeniu i samouzdrawianiu. Według niego różnego rodzaju lęki i negatywne emocje pozostawiają ślad w rzeczywistości astralnej w postaci bytów oddziałujących na ich twórców, a także osoby, które mają podobne myśli. Każdy człowiek powinien świadomie wybierać swoje otoczenie. Więzy krwi, jeśli nie są wzmocnione więzami duchowymi (miłością), tracą na znaczeniu – członkowie rodziny znają się, noszą wspólne nazwisko, ale w głębi pozostają względem siebie obojętni. Taki stan rzeczy obserwujemy w wielu familiach. W Księdze Duchów Allana Kardeca pojawia się sugestia, że jeżeli nie jesteśmy w stanie żyć z kimś w zgodzie, to przynajmniej powinniśmy starać się tej osobie nie szkodzić. Dlaczego więc mielibyśmy dręczyć, zniewalać i umartwiać osobę dla nas najważniejszą – samego siebie?